Shadow Warrior 2 – recenzja

Są gry, które jednym gameplay’em z rozgrywki potrafią mnie rozkochać w sobie. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku Shadow Warrior 2. Choć nie grałem ani w pierwowzór z 1997 roku, ani w remake z 2013 roku, to najnowsza produkcja polskiego studia Flying Wild Hog z miejsca mnie porwała. Co oczywiście stwarzało całkiem spore ryzyko, że się srogo zawiodę na tej produkcji.

Stało się jednak, na szczęście, przeciwnie i przy grze naprawdę świetnie się bawiłem. Zacznę może jednak od początku. Shadow Warrior 2 jest pierwszoosobową grą akcji. Właściwie jest to po prostu FPS, ale trudno nazwać FPS’em produkcję, której większość przeszedłem z mieczem w łapach.

zagrajmy-w-00_06_36_22-still001

Zaczynamy!

Droga Wanga

W grze wcielamy się w Lo Wanga, japońskiego mistrza sztuk walki, który obecnie znalazł zatrudnienie jako najemnik w Yakuzie. Praca ta wymaga zarówno wyrzynania w pień hord demonów, jak i rozkręcania robotów należących do jego poprzedniego pracodawcy, niejakiego Zilli. Ogólnie zauważyłem, że Wang ma spore problemy w kontaktach z ludźmi na linii pracownik-pracodawca. Fabuła nie jest tutaj może przesadnie rozbudowana. Ot, zaczyna się od skoczenia do świątyni po pewną błyskotkę, a kończy się na ratowaniu świata. Jednak moim zdaniem jest wystarczająca, może dlatego, że nie fabuły oczekiwałem po tej grze.

Plusem jest fakt, że Lo Wang w przeciwieństwie do większości bohaterów współczesnych FPS’ów nie jest niemy, ani jego wkład w fabułę nie ogranicza się do kilku mruknięć w cutscenkach. Jest on wręcz nad wyraz gadatliwy i choć jest starym cynikiem, a dodatkowo jego żarty krążą głównie wokół męskich genitaliów, to można go polubić.

Zagrajmy w.00_28_51_04.Still014.png

Lo Wangowy nurt filozoficzny.

 

Najbardziej przypadły mi do gustu rozmowy między nim, a naszą towarzyszką podróży. Z niewiadomych względów jednak twórcy postanowili, że część pobocznych dialogów trzeba odpalić przytrzymując w odpowiednim momencie klawisz “E”. Dla mnie ten zabieg jest kompletnie niezrozumiały, bo można przypadkowo pominąć dialog, gdy nie zauważy się w porę wyświetlanej w lewym górnym rogu informacji o nim. Na szczęście te dialogi są dostępne potem z poziomu ekwipunku i można jest wszystkie na spokojnie odsłuchać.

Dodam, że choć gra jest polskiego studia, to zabrakło, czy może oszczędzono nam polskiego dubbingu i mamy do dyspozycji jedynie angielski dubbing z polskimi napisami. Osobiście nie narzekam z tego powodu, choć szkoda, że nie ma również do dyspozycji japońskich głosów, które by dobrze pasowały do dalekowschodniego klimatu gry. No i muszę odnotować, że w paru miejscach, zwłaszcza pod sam koniec gry, napisy potrafiły być niezsynchronizowane z aktualnie mówionymi kwestiami.

Mimo że sam wątek fabularny nie jest przesadnie rozbudowany, to sam świat sprawia wrażenie interesującego i w wolnej chwili postaram się jeszcze w niego zagłębić.

Zagrajmy w.00_16_17_26.Still002.png

Zaczyna się spokojnie, „Idź, weź co trzeba, uciekaj”, później wszystko się komplikuje…

Nowy magazynek, nowe życie

Zostawmy jednak kwestie fabularne i przejdźmy do walki, i tej trochę szaleńczej radości z rozrywania na strzępy hord wrogów. By to robić potrzebujemy oczywiście broni, a tej mamy tu całe zatrzęsienie. Od małych, poręcznych ostrzy skrytobójcy, poprzez miecze, łuki, strzelby, karabiny szturmowe, a na granatnikach i ciężkich karabinach kończąc. Jest w czym wybierać, a dodatkowo każdą z tych broni możemy ulepszyć, by na przykład, w każdym zabitym przeciwnikiem regenerowało nam chi (będącą energią potrzebną do rzucania zaklęć) i by ta sama broń zadawała większe obrażenia dużym przeciwnikom, a na dokładkę rażąc ich prądem. Dodam jeszcze, że w grze została wprowadzona prosta opcja craftingu, pozwalająca na wykorzystanie kilku słabszych ulepszeń do stworzenia jednego silniejszego.

Zagrajmy w.00_29_01_23.Still004.png

Skoro już mam trzylufowy rewolwer, to niech naprawdę mrozi krew w żyłach!

Jak można się domyślić, mi najbardziej przypadło do gustu siekanie przeciwników mieczem. I to nie tym udziwnionym z piła miechaniczną, w stylu broni Space Marine z Warhammera 40k, tylko najbardziej klasyczną kataną, która mi towarzyszyła przez większość gry (jedynie później wymieniłem ją na dwie sztuki podobnej broni). Korzystanie z broni białej, choć arcade’owe, jest satysfakcjonujące. Oprócz podstawowego ataku (którego kierunek zależy od ruchu naszej myszki), możemy wykonać błyskawiczne pchnięcie albo morderczy młynek. Gdy zaś od wroga dzieli nas dystans, możemy posłać w niego falę energii z ostrza. Ten ostatni atak wydaje mi się lekko dziwny, ale jest odpowiedni, gdy na przykład ktoś chce przejść grę bez użycia broni palnej, bo zabijanie niektórych wrogów z bliska może być wyjątkowo ciężkie.

Zagrajmy w.00_21_42_14.Still006.png

Po co strzelać, skoro najprzyjemniej zabija się wrogów z bliska?

Fajnie korzystało się też z łuku, rewolwerów oraz dział Gaussa. Każdy z tych rodzajów broni ma swoją specyfikę, a przypadku dwóch ostatnich również odpowiedniego kopa. Zawiodły mnie za to karabiny maszynowe. Choć wypruwają z siebie masę pocisków na sekundę, to w ogóle nie czuć było mocy broni. Może za sprawą właściwie kompletnego braku odrzutu u nich.

Teraz to byle debil może lewitować

Wspominałem wcześniej o energii chi. Nasz Lo Wang, oprócz mistrzowskiego opanowania broni, poznał za młodu arkana magii. Dzięki czemu w czasie walki może się leczyć, na chwilę zniknąć z oczu wrogów, odepchnąć ich falą energii, czy przebić wystającymi z ziemi kolcami. Osobiście odnoszę jednak wrażenie, że oprócz zaklęcia leczącego, magia jest tu dosyć zbędna. Najczęściej zwyczajnie zapomniałem o jej istnieniu, ewentualnie wolałem oszczędzać energię chi na leczenie. Może gdyby tych zaklęć było więcej i chyba wszyscy bossowie nie byliby na nie odporni, to byłby sens częstszego z nich korzystania.

Skoro już przy tym jestem, to może poruszę jeszcze kwestię rozwoju postaci. Zarówno za wykonywanie misji, jak i za samą walkę zdobywamy kolejne punkty umiejętności, które możemy wydać na wzmocnienie naszych zaklęć, silniejsze ataki bronią, zwiększenie poziomu zdrowia i chi oraz na regenerację ich. Są też takie umiejętności jak łatwiejsze automatyczne zbieranie przedmiotów (choć część ich tak czy siak musimy zebrać ręcznie), czy częściej wypadające z wrogów apteczki.

Zagrajmy w.00_01_39_19.Still008.png

Ulepszyć jeszcze bardziej atak mieczem, czy może w końcu zainteresować się zaklęciami?

Nie znoszę, gdy tak robią!

Skoro techniki zabijania mamy omówione, to zerknijmy na samych wrogów, których przyjdzie nam zabijać. Zasadniczo mamy trzy kategorie przeciwników ludzi, potwory/demony oraz roboty Zilli. Wszystkich rodzajów przeciwników nie będę tutaj wymieniać, powiem tylko, że występują oni we wszelkich możliwych rozmiarach i konfiguracjach. Spotkamy klasycznych szermierzy, denerwujące drony, obślizgłe i wielkie kreatury, wybuchające grzyby-kamikadze z Mario oraz zabójcze L.A.L.E. będące efektem dziwnych fantazji projektanta. Wszystko to będzie próbowało nas zabić i z tego też względu będzie musiało zginąć.

A ginąć będą w bardzo brutalny sposób. Ta gra stanowczo nie jest dla osób, którym robi się niedobrze na widok krwi, nawet takiej na ekranie. Zwłaszcza korzystając z miecza najłatwiej zaobserwować jak nasze ostrze przechodzi przez ciała wrogów. Dodam, że ci, w wielu przypadkach, zachowują się adekwatnie do otrzymanych obrażeń. Brutalnie pokiereszowani ludzie będą próbowali ostatkiem sił zaatakować nas jeszcze, mimo że sami ledwo stoją, a dolna część tułowia potwora wykona na nas jeszcze szarżę po tym jak pozbawiliśmy go górnej części.

Zagrajmy w.00_22_46_10.Still010.png

Jest krwawo, nawet bardzo.

Nasi przeciwnicy, podobnie jak nasza broń, oprócz standardowych ataków mogą też mieć różne bonusy, a to zadają nam dodatkowe obrażenia od zatrucia, a to są niewrażliwi na nasze moce, a to coś innego. Dodatkowo chyba każdy przeciwnik występuje w kilku, różniących się siłą, wariantach.

Troszkę mnie zawiodły walki z bossami, bo mają one właściwie jeden schemat, od którego twórcy odbiegli lekko chyba ledwie raz czy dwa. Każdego bossa bijemy aż mu zejdzie około połowa punktów życia, po tym staje się on się niewrażliwy na ciosy i przywołuje sobie pomocników, a sam zaczyna się leczyć. Po zabiciu posiłków możemy wrócić do tłuczenia bossa.

Zagrajmy w.00_45_49_21.Still016.png

Lo Wang to trochę taki Guts, tylko z lepszym poczuciem humoru.

 

Trochę za niski wydał mi się poziom trudności, mimo grania na poziomie trudnym (nazwanym tutaj “Ktoś chce Wanga”), to nie miałem specjalnych trudności z przejściem gry, a ginąłem najczęściej przez własną nieuwagę. Jedyną zaś karą za śmierć było lekkie zregenerowanie się życia wrogów. Choć z drugiej strony nie wiem, czy bardziej wyśrubowany poziom trudności nie spowodowałby frustracji. Niemniej, pod tym względem czuje spory niedosyt.

Zagrajmy w.00_30_41_49.Still012.png

Zdarzało mi się zginąć, ale niezbyt często.

Cytaty są użytecznym substytutem dowcipu

Poruszę jeszcze temat budowy lokacji, choć zazwyczaj mają one dosyć otwartą strukturę, to nie są przesadnie wielkie i trudno się w nich rzeczywiście zgubić (głównie z tego względu, że mapa stale pokazuje drogę do celu). Są w nich rozsiane kapliczki, przy których możemy się uleczyć, uzupełnić chi czy amunicję. Znajdziemy tu również całą masę skrzynek, których zawartość jest losowo generowana (podobnie jak loot z przeciwników). Oprócz zapasów apteczek, kryształów chi i amunicji, możemy zdobyć nową broń, ulepszenia do niej, wpisy do wangopedii, opisujące świat (dotąd nie zebrałem się by je przeczytać), ciasteczka z wróżbami (zawierające najczęściej interesujące cytaty) oraz inne znajdźki. Ogólnie jest tego całkiem sporo.

Zagrajmy w.00_49_01_54.Still013.png

Czy mi się zdaje, czy demony mają jakieś kompleksy?

Ponarzekam jedynie na fakt, że w przypadku lokacji widać, że gra była robiona z dosyć niskim budżetem i wygląd poszczególnych elementów dosyć często się powtarza. Nie jest to jednak jakaś bardzo duża wada.

zagrajmy-w-00_20_25_12-still005

Ratowanie świata może poczekać, najpierw przeczytam wróżbę.

 

Stracić wanga to straszna rzecz

Na koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na muzykę, która jest według mnie świetna. Mamy tutaj głównie do czynienia z ciężkimi, metalowymi brzmieniami oraz z japońską nutą. Jedno i drugie świetnie się wpasowuje w rozgrywkę.

Gra posiada również możliwość co-operacji do czterech graczy, niestety nie było mi dane przetestować tej opcji, ponieważ nie miałem nikogo do gry. Jak znajdę kogoś do grania, to prawdopodobnie wrócę wtedy do Shadow Warriora i dopiszę jakiś krótki tekst odnośnie tego.

Zagrajmy w.00_10_02_32.Still015.png

Lo Wang ma w zwyczaju rozmawiać z właśnie zabijanymi wrogami.

Kończąc już mój wywód powiem, że w Shadow Warriora 2 grało mi się świetnie. Wady które wymieniłem nie przeszkadzały mi bardzo. Mamy tutaj fajną rozgrywkę, ciekawy świat (tutaj muszę jeszcze się dorwać w wolnej chwili do opisów przedmiotów i przeciwników oraz innych wpisów w wangopedii) oraz Lo Wanga jako protagonistę, czego chcieć więcej? Może by to wszystko trwało trochę dłużej. Cały wątek fabularny, ze wszystkimi misjami pobocznymi ukończyłem w niecałe piętnaście godzin. Jest to co prawda znacznie dłużej niż w większości kampanii FPSów, ale chciałoby się by zabawa była dłuższa. Z drugiej strony gra raczej nie jest na dłuższe posiedzenia. Jest ona tak zrobiona, by usiąść wieczorem i przez godzinkę, maks dwie posiekać demony. Przy dłuższym graniu mogłaby zwyczajnie się przejeść i zacząć nużyć.

Czy polecam Shadow Warriora 2? Zdecydowanie tak, zwłaszcza, że w cenie około stu złotych otrzymujemy nie tylko grę, ale też całkiem bogate wydanie pudełkowe. Tutaj wielki ukłon w stronę twórców oraz polskiego wydawcy, którym jest Techland.

IMG_20161105_133043[1].jpg

Tak mniej więcej prezentuje się podstawowa edycja gry, brakuje jedynie plakatu, który Andrespol gdzieś zapodział.

Wielkie podziękowania również dla Andrespola, który udostępnił mi grę, bym mógł nagrać z niej projekt oraz napisać tę recenzję.

Przez las – miniaturka

Tekst naskrobany wczoraj, w ramach „rozruszania kości” po kilku tygodniowym okresie nie pisania. Każde sugestie/poprawki chętnie przyjmę ^^

 

 

Ciało mężczyzny powoli osunęło się na ziemię, a jego odcięta głowa odtoczyła się na bok z oczami zastygłymi w wyrazie zaskoczenia. Leżący kilka metrów dalej jeden z jego kamratów jeszcze przez chwilę charczał, lecz zaraz zamilkł..

Opuściłam broń. Mój oddech wracał do normalnego rytmu, ale umysł analizował jeszcze co się właśnie stało.

Szłam leśną ścieżką, prowadząc za uzdę Kagę, mojego jedynego towarzysza w podróży. Zatrzymałam się w chwili gdy usłyszałam szelest liści w krzakach po prawej stronie drogi. Mogło to być tylko jakieś zwierzę, ale ostrożności nigdy za wiele. Odrzuciłam kaptur i przyjrzałam się miejscu, skąd dobiegł do mnie dźwięk.

  • Patrzcie chłopaki, ale sztuka nam się trafiła!

Spomiędzy drzew wyszło pięciu mężczyzn. Wszyscy byli brudni, przyodziani w proste, skórzane zbroje, gdzieniegdzie z fragmentami kolczugi. Byli też uzbrojeni w proste topory i miecze, które już dawno nie widziały osełki.

  • Zgubiłaś się, dziewczynko? – Zapytał ten, który jako pierwszy wyłonił się zza drzew.

W milczeniu obserwowałam jego kolegę, który zbliżał się do mnie z drugiej strony. Wyglądał na najmłodszego z całego towarzystwa i gdy był już blisko poczułam od niego odór alkoholu.

  • Może chciałabyś się trochę z nami zabawić, co? – Rzucił, próbując mnie złapać.

Zrobiłam prędko unik, łapiąc i wykręcając mu rękę… Nim zdążył krzyknąć, posłałam go drugim ruchem na spotkanie z ziemią. Po chwili zastanowienia kopnęłam go jeszcze w brzuch. Jego kamraci oniemiali przyglądali się całej scenie.

  • Ty kurwo – pierwszy z nich się otrząsnął, po czym krzyknął – Chłopaki, bierzemy ją!

Cała czwórka rzuciła się na mnie. Nie zastanawiając się sięgnęłam pod płaszcz i dobyłam dwa skrywane dotąd pod nim miecze.

Zatrzymali się, może nie byli aż tak głupi.

  • Czyli tak chcesz się bawić?! – ryknął najwyższy i sięgnął po swój oręż, a reszta poszła za jego przykładem.

No dobrze, jednak byli głupi.  Lekko skoczyłam do przodu, zablokowałam jednym mieczem jego topór nim napastnik zdążył się zamachnąć, a drugim pchnęłam go w brzuch. Naostrzona klinga bez trudu przebiła jego skromną zbroję i weszła w ciało. Wyszarpnęłam broń z jego ciała i odskoczyłam przed ciosami dwóch następnych. Widok martwego towarzysza wprowadził ich w furię, jednak byłam dla nich za szybka i po krótkiej walce, również leżeli martwi. Ostatni padł ten, który wcześniej odezwał się jako pierwszy. Teraz leżał w bezruchu, z odciętą głową.

Chwila, przecież został jeszcze najmłodszy, którego powaliłam po prostu. Odwróciłam się. Leżał tam gdzie go zostawiłam, zwinięty w kłębek. Nie ruszał się. Przecież nie kopnęłam go aż tak mocno. Zbliżyłam się do niego i zauważyłam mokrą plamę wokół jego cienkich spodni.

  • Poważnie? – Mruknęłam, musiał słyszeć jak jego towarzysze giną.

Szturchnęłam go lekko stopą.

  • Wstawaj, nie zabiję cię, o ile nie dasz mi powodu.

Chłopak zaczął okazywać oznaki życia i powoli wstał. Cała jego hardość zniknęła i na jego twarzy widać było teraz wyłącznie strach.

  • Hmm… ile ty właściwie masz lat, no i jak się zwiesz? – rzuciłam, przyglądając mu się.
  • Cel na mnie wołają w Nudrach i osiemnaście wiosen mam, pani – zrobił się teraz bardzo służalczy.
  • Rozumiem, że tam się przyłączyłeś do tych tutaj? – Wskazałam mieczem martwych rzezimieszków. Nudre było na skraju lasu, spędziłam tam ostatnią noc, mała osada, pełna takich „szukających przygód” chłopaków jak ten.
  • Tak pani, spotkałem ich w karczmie.
  • Rozumiem, no dobra – westchnęłam. – Radzę ci się ogarnąć, wrócić do Nudre i znaleźć jakieś porządne zajęcie.

Chłopak spojrzał w dół, dopiero teraz najwidoczniej orientując się, że ma mokre spodnie. Do strachu malującego się na jego twarzy dołączył wstyd.

  • A jeśli przy naszym następnym spotkaniu dalej będziesz próbował rabować lub coś podobnego – przyłożyłam mu miecz do gardła. – To cię zabiję, rozumiesz?

*****

Kilka godzin później dalej przedzierałam się przez las siedząc już na Kagim, by zwiększyć tempo. Panowała tutaj niepokojąca cisza. Od spotkania z bandytami nie widziałam nikogo innego. Zniknęły nawet ptaki i wiewiórki, które wcześniej mogłam dostrzec na drzewach. Za to pojawiła się mgła. Fioletowa masa, leniwie snująca się pomiędzy drzewami, zaniepokoiła mnie.

Przed oczami zaczęły mi się również pojawiać różne obrazy, kompletnie niezwiązane z miejscem w którym się znajdowałam. Słyszałam, że w tym miejscu straszy i wyglądało na to, że mam na to pewien dowód. Potrząsnęłam głową starając się pozbyć tych dziwnych wizji.

 

 

  • Rilian, patrz co robisz!

Odwróciłam głowę, obok mnie stała moja matka, która wściekła patrzyła na leżący przede mną strój, który od kilku godzin nieporadnie szyłam. Za oknem, na podwórku ojciec uczył mojego brata szermierki, co wydawało się o wiele bardziej interesujące.

  • Masz nie podziwiać swojego brata, tylko skupić się na pracy – warknęła matka łapiąc igłę z nicią. – Patrz, tak to się robi.

Nic nie powiedziałam, tylko tępo przyglądałam się jak należy zszyć poszczególne elementy materiału.

 

Przez chwilę mignął mi przed oczami z powrotem las, a potem…

 

Wystawny bal na zamku królewskim, tańce, egzotyczne potrawy, znamienici goście. Od czterech godzin już to znoszę, mecząc się w niewygodnej sukni. Choć była piękna i kosztowna to projektant chyba nie przewidział, że ma ją nosić żywa istota. I jeszcze te buty… Na szczęście, mogłam na razie usiąść i trochę odpocząć. Oleg, syn dowódcy gwardii królewskiej uznał, że zabawi mnie opowieściami o swoich podróżach. Choć nie przepadałam za nim, to przystałam na to, bo zawsze chciałam zwiedzać odległe krainy, ale wyglądało na to, że nie będzie mi to dane. Pozostały mi więc opowieści.

Choć Oleg też na razie za wiele nie podróżował, głównie w obrębie naszego królestwa oraz sąsiednich ziem. Niemniej to i tak było o wiele więcej niż ja dotąd miałam okazję zobaczyć, więc słuchałam go, starając się wytrzymać jakoś jego wkurzający charakter.

 

Zaklęłam na głos, wykorzystując jedno z zasłyszanych od Hadvara słówek. Co się dzieje? Czy to przez tą dziwną mgłę?

 

Siedziałam jak sparaliżowana w salonie. Ojciec właśnie oznajmił mi, w moje czternaste urodziny, że zamierza mnie wydać za mąż. Gdy mówił o tym moje myśli pędziły jak oszalałe. Mam wyjść za mąż, zostać związana z jakimś mężczyzną i spędzić resztę życia w domu zajmując się nim i wychowując jego dzieci. I wszystkie moje marzenia o podróżach legną w druzach.

 

Kaga potrząsnął gwałtownie łbem wyrywając mnie z wizji. Przetarłam oczy. O co właściwie chodziło? Dlaczego nagle zaczęłam przeżywać ponownie zamknięte rozdziały swojego życia?

Dostrzegłam wznoszącą się ponad drzewami smukłą wieżę. Wyglądała na starą, a wokół niej, kto by się spodziewał, kłębiła się fioletowa mgła.

  • Chyba trzeba złożyć wizytę właścicielowi tej wieży – pogłaskałam Kagę po szyi.

 

PS. Dzięki Daszkin za wcześniejsze sprawdzenie tekstu zanim go tu wrzuciłem ;)

Mae govannen!

Od czegoś trzeba zacząć, dlaczego by więc nie od elfickiego przywitania? W końcu, jak wszyscy doskonale wiemy, elfy słyną ze swej gościnności. No może nie wszystkie… No i prawdopodobnie Thorin oraz jego kompania krasnoludów mieliby coś do powiedzenia na ten temat…

Może zostawmy ten lekko drażliwy wątek i przejdźmy do konkretów, czyt. co mną kierowało przy zakładaniu bloga i co zamierzam na nim zamieszczać.

Szczerze mówiąc, w tej chwili nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć jaki kontent będę zamieszczał na tej stronie, ani jak często to będzie się odbywało.

Na pewno będą to jakieś krótkie opowiadania, może oprócz tego jakieś dłuższe teksty na konkretny temat. Mogę też się zdecydować wrzucać tu luźne posty, choć to by raczej doprowadziło do szybkiego zaśmiecenia tego miejsca.

Przyszłość tej strony jest niepewna i nie mogę jednoznacznie jej określić.

Tak więc usiądź przy ognisku i rozgość się przybyszu, a ja postaram się niebawem raczyć cię jakąś opowieścią.